Music

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiadomość

1. Do osób, które mnie czytają:

Postanowiłam od nowa zacząć pisać. Zmienić wiele rzeczy w obu opowiadaniach i w tych o herosach, i tych o Avengersach.

2. Rezygnuję z tych innych opowiadań. Zostają:

- herosi
- Avengersi
- i fragmenty Harry'ego Pottera

3. Dalej będę prowadziła opowiadania na Wattpadzie, więc proszę się nie dziwić, gdy opowiadania, na którymkolwiek z serwisów będą pojawiały się nieregularnie

Dziękuję za uwagę i przepraszam za ponowne zajęcie czasu :)

piątek, 24 marca 2017

100-krotne przeprosiny

Wybaczcie, ale póki nie miną moje egzaminy nie będę pisała tutaj jak i na wattpadzie. Opowiadania zostają chwilowo zawieszone.


Jednak by jakoś się udzielać przez ten czas postanowiłam zacząć preferencje i imaginy z chłopcami z teen wolfa.

https://www.wattpad.com/story/102253333-teen-wolf-preferencje-imaginy

Dziękuję za uwagę i przepraszam czytelników.

czwartek, 23 lutego 2017

Informacja

Łoł coś wstawiłam. Toż to szok. Wybaczcie, ale nie było mnie w domu, a także moja kochana wena mnie opuściła. Postaram się napisać szybko opowiadania do Harry'ego i wstawić, ale nie obiecuję, że będą tak długie jak sobie wymarzę. W planach po drodze są jeszcze w toku pracy:
- Herosi rozdział 12

-Batman

-Wielka Szóstka cz. 2


Do kolejnego napisania.

Rozdział 13

Clint
Nowy dzień, w nowym miejscu. Trzeba pozwiedzać. Ruszyłem do pokoju kontrolnego. Tak, nawet tu jest J.A.R.V.I.S, może to dobrze może nie, nie wiem, i tak jakby mnie to nie obchodzi. Znalazłem odpowiedni pokój i szybkim ruchem otworzyłem drzwi. Podszedłem do ściany, gdzie obrazy z pokoi użytkowych (bez tych prywatnych) były wyświetlane na trzech wielkich ekranach. Popatrzyłem na każdy z nich, zatrzymując wzrok na trzech pokojach. Pietro, biegał już na bieżni, Steve rzucał tarczą w elektronicznych wrogów, a Lucy pływała na basenie. Reszta pokoi na razie była pusta, ale sądziłem, że Tony i Bruce siedzą w laboratorium od białego rańca, konstruując coś co ponownie może zabić ludzkość. Nic tylko same przyjemności. Wyszedłem z pomieszczenia i ruszyłem na basen. Chciałem pogadać z siostrą, pomimo tego, że mieliśmy pokoje obok siebie i większość nocy zawsze będziemy poświęcać na rodzinne pogawędki. Wchodziłem do kolejnego pomieszczenia, gdy zderzyłem się z Natashą. Tak jak ja szła korytarzem i tak jak ja, była zamyślona. Zaczerwieniła się co było do niej niepodobne.
- Dopiero zwiedzasz Clint?
- Wolałem się wyspać, niż włóczyć się po nowym apartamentowcu Starka. Ma ich tak wiele, a do większości i tak nas zabiera, gdy trzeba. Każdy jest taki sam jak poprzedni.
- Wiesz jaki jest Tony.
- Niestety wiem. Też idziesz na basen?
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- To tu jest basen?
- Ponoć zwiedzałaś.
- Tak daleko jak widać nie doszłam. Nie, ja szłam na siłownie. Najwyraźniej jest zaraz przy basenie.
Rozejrzałem się po korytarzu. Były jeszcze trzy pary drzwi z czego jedna, to drzwi do windy. Z jednej słychać było krzyki Kapitana, a z tych, do których miała podążać Natasha, uderzenia nóg o ruchomą powierzchnie bieżni. Pokiwałem głową.
- Powodzenia w takim razie na ćwiczeniach.
- Dzięki, przyda się.
Wyminęliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę. Otworzyłem drzwi i zostałem ochlapany. Super się zaczyna. W sali wielkiej jak dwa boiska do piłki nożnej, słychać było rytmiczny chlupot wody. Przetarłem okulary i zilustrowałem miejsce w poszukiwaniu siostry. Znalazłem ją przy krawędzi basenu, skąd chwilę później się odbiła nogami i popłynęła kraulem przed siebie, do drugiego końca. Byłem ciekaw, ile już takich długości pokonała bez przerwy. Usiadłem na krześle ratownika, jedynym wygodnym jakie było na sali. Za mną były jeszcze trybuny, tak niewygodne, że szkoda mi było posadzić własny tyłek na choćby jednym z ich krzesełek. Ponownie śledziłem Lucy wzrokiem. Jak widać nawet podczas opieki nad niepełnosprawnym bracie można zachować kondycję. Przywołałem wspomnienia z dzieciństwa. Jeszcze przed wypadkiem rodziców była pełna energii. Teraz ta energia została dopełniona doświadczeniem i determinacją. Mało jest takich ludzi. Doświadczonych tragedią lub po prostu ciężkim dzieciństwem i determinacją by jednak osiągnąć wybrany cel. Wróciłem do realnego świata po ponownym ochlapaniu wodą. Ona doskonale wie, że tu jestem i robi to specjalnie. Niech no tylko wyjdzie z wody, to się z nią policzę, a dopiero później pogadamy. Wyszła. Półgodziny później. Wstałem z krzesełka i podszedłem do drabinki. Podniosła głowę i uśmiechnęła się.
- Jak ci się podobała kąpiel? Orzeźwiająca i pobudzająca, nieprawdaż śmierdzielu?
- Bardzo śmieszne. Policzymy się... Nawet teraz.
Szybkim ruchem położyłem rękę na jej głowie i zanurzyłem w wodzie. Gdy zaczęła się wiercić wyciągnąłem ją na powierzchnię. Była zła.
- Następnym razem cię zabiję, potem ponownie wskrzeszę i na końcu ponownie zabiję. Ale tym razem cię nie wskrzeszę. A teraz pomóż mi wyjść.
- Tak jest pani kapitan!
Chwyciłem jej rękę i pociągnąłem do góry. Dziewczyna wręcz wyleciała z wody, elegancko lądując na podłodze przede mną.
- Nawet w takich chwilach potrafisz zachować klasę. Od której tu siedziałaś?
- A która jest?
- Około dziesiątej.
- No to.... jakieś pięć godzin.
- Masz ty wytrwałość.
Odwróciliśmy się na dźwięk głosu Steve'a. Stał tam i patrzył na nas z założonymi rękoma na klatce. Cały spocony i obleśny. Spojrzałem na siostrę.
- I kto tu teraz jest śmierdzielem? Teraz jego kolej na poranną kąpiel!
Ta wzruszyła ramionami i wystrzeliła rękę w stronę mrożonki. Nie wiedzieć skąd woda polała się na Rogersa. Dopiero gdy dostawa wody się skończyła, można było powiedzieć, że Kapitan pachnie. Fakt, chlorem, ale pachniał.
- Dziękuję. Wiem przydało mi się to.
Lucy podeszła do mężczyzny i poklepała po ramieniu.
- Przynajmniej pachniesz Steve.
Blond włosy uśmiechnął się. Wyszedł z pomieszczenia i zapewne udał się do swojego pokoju. Lucy poszła przebrać się w przebieralni obok wyjścia. Po pięciu minutach wyszła ubrana w fioletową bluzkę na krótki rękaw i spodnie sięgające kolan. Wycierała włosy ręcznikiem, jednak patrzyła na mnie wyczekująco.
- Nie przyszedłeś tu po nic. Więc czekam, na to co chcesz mi przekazać.
- No więc zacznijmy rodzinną pogawędkę...

Natasha

Wchodziłam na salę, przy towarzyszącym odgłosie uderzania stóp o nawierzchnię bieżni. Spojrzałam na jedyny przyrząd mogący testować szybkość Pietra. Chłopak spojrzał na mnie kątem oka. Skinęłam głową i podeszłam do worka, używanego najczęściej przez Kapitana. Tak wciągnęłam się w trening, że nie usłyszałam jak Pietro przestał biegać. Stał na uboczu, patrząc, jak za każdym razem, gdy ręką i nogą uderzałam worek.
- Chcesz sam wyładować emocje?
- Nie trzeba. Wystarczająco dużo już ich wypuściłem podczas biegu.
- To może chcesz pogadać? Jestem dobrym słuchaczem.
- Może innym razem.
W głośniku nad drzwiami rozległ się głos.
- Pietro Maximoff proszony do gabinetu lekarskiego, znajdującego się na poziomie czwartym. 
Chłopak westchnął. Ze swoją szybkością wybiegł z pomieszczenia, dzięki czemu mogłam ponownie zacząć uderzać w worek. Nie minęło dziesięć minut gdy Quicksilver wrócił i zaczął biegać ponownie. Był zły, można to było wyczuć na kilometr. Postanowiłam jeszcze trochę poobijać worek nim się z nim skonfrontuję. Niestety szybko odpuściłam. Byłam strasznie ciekawa co się stało tam na górze. Zatrzymałam lecący ponownie w moją stronę wór, odczekałam chwilę by wyrównać oddech i ruszyłam do bieżni. Długo trwało nim się zatrzymał i ze świszczącym oddechem spojrzał na mnie.
- Czy oferta pogaduchy... jest... dalej... aktualna?
- Pewnie. Wal śmiało.
- Na początek, dzięki, że w ogóle chcesz mi pomóc.
- Nie ma za co młody, jesteśmy drużyną nie? Drużyna sobie pomaga.
Uśmiechnął się. Dopiero po chwili zaczął swoją historię.
- No więc zacznijmy od...


Perspektywa nieznajomego (lub znajomego dla kogoś)

Wchodzę do galerii. Pełno ludzi. To dobrze. Będzie efektowniej. Rozglądam się, by znaleźć idealne miejsce do nastawienia pułapki.
- Pod ziemię. Najlepiej udać się pod ziemię.
Spojrzałem w bok na moją towarzyszkę. Pokiwałem głową. Miała rację, by wyrządzić więcej szkód, najlepiej udać się na dół. Wystawiłem rękę, by dziewczyna mogła się złapać. Dopiero po chwili ją zauważyła. Westchnąłem w duchu. Zbyt inteligentna to ona nie jest, ale jakieś przebłyski genialnych pomysłów są. Od czasu do czasu, ale są. Dotarliśmy do drzwi kotłowni. Brudne, nigdy nie czyszczone. Po prostu nieużywane od wieków. Wyciągnąłem zza kurtki wały łom. Czego ja tam nie noszę? Pokręciłem głową w poszukiwaniu ludzi, którzy jakimś cudem postanowili by wybrać się do kotłowni. Nikogo. Więc czas zacząć. Drzwi stały otworem, a brudny łom trzeba było wyczyścić. Nie pozwolę by znaleźli dowody na brudnej kurtce.
- Do roboty. Wszystko ma być zrobione na cacy, inaczej szef się z tobą policzy.
Przewróciła oczami i ruszyła do środka. Jedyna taka kobieta, którą znałem osobiście i nawet by się nie odezwała przy rozkazie to dzisiejsza bohaterka Czarna Wdowa. Zainstalowaną bombę należało ustawić. Tym zająłem się ja. Już po jednej minucie wszystko było gotowe.
- Na ile nastawisz?
- Pięć minut. Kto zdoła, ten się uratuje.
Nacisnąłem guzik. Odliczanie się zaczęło.
- Idziemy.
Ruszyliśmy prawie biegiem do wyjścia. Pomiędzy tłumami u góry torowaliśmy sobie drogę. Spojrzałem na zegarek. Cztery minuty. Na zewnątrz stało mnóstwo aut. Znalezienie naszego wymagało od nas poświęcenia kolejnej cennej minuty. Wybuch nastąpił gdy już daleko znajdowaliśmy się od centrum handlowego.
- Świetna robota.
- Profesjonalisty. Wieloletnie doświadczenie i nauka, zrobiły swoje. A teraz z łaski swojej, siedź cicho i nie przeszkadzaj mi w prowadzeniu samochodu.
Jak "poprosiłem" tak zrobiła. Nasza droga powrotna trwać miała jeszcze kilka godzin.





niedziela, 29 stycznia 2017

Coś innego cz.2

Hejeczka! To znowu ja! Bo chyba mnie pamiętacie? Nie? Szkoda, czyli wychodzi na to, że mnie nie polubiliście. No to pozwolicie mi na ponowne przedstawienie się. Jestem Isabel, mam starszego brata Felipe. Jeśli jednak mnie choć troszkę zapamiętaliście, to wiecie, że razem z Felipe mieszkamy w rodzinie zastępczej. Od niedawna w naszej paczce jest nowy kumpel, Nataniel, syn dyrektorki szkoły, do której obecnie uczęszczamy. Kolejne kilka miesięcy, dało mi wiele do pokazania. Mowa oczywiście o występach ulicznych z bratem i jego dziewczyną, a moją najlepszą przyjaciółką (lub w skrócie moją BFF) Stephanie. Po przedstawieniu, większość opryszków i cała hierarchia szkolna zostawiła nas w spokoju oraz tak troszkę podziwiała. Zdziwienie dopadło mnie dopiero wtedy, gdy okazało się, że jednak jedna osoba przyjęła sobie do serca uprzykrzanie mi życia. Poznaliście ją w poprzedniej mojej historii. Pewno nie ciekawej. Jak każda inna opowiadana przeze mnie. No, ale wracając do mojego wywodu... Tą osobą była Evana Ramiz. Najgorsza rudowłosa dziewczyna jaką poznałam.
Wchodziłam do budynku szkoły, gdy nagle, ktoś pchnął mnie z siłą godną pozazdroszczenia. Leżąc na ziemi usłyszałam śmiech. Zaciskając pięści, zaczęłam szukać wzrokiem swojej torby. Leżała kilka metrów dalej, jednak chwilę późnej znalazła się w jeszcze większej odległości, poprzez kopnięcie. Zaczęłam powoli tracić cierpliwość. Nim się podniosłam, ktoś mi pomógł chwytając za ręce i stawiając na równe nogi. Spojrzałam na swojego wybawcę. No jasne. Mogłam się spodziewać, że jest nim nie kto inny jak Nataniel. Zawsze pojawia się wtedy, gdy jest potrzebny. Taki mój rycerz. Poszedł po moją torbę podczas, gdy ja stałam jak słup i patrzyłam jak głupia. No, ale co się dziwić skoro jestem, jaka jestem. Chłopak chwycił moją własność i z wrogimi spojrzeniami, rzucanymi na korytarz, w którym zniknęło rude babsko, podszedł do mnie wręczając ją. Kiwnęłam głową dziękując.
- Co masz pierwsze?
- Historię sztuki. Czyli same nudy. Będzie można pospać. A ty?
- Matma. Zawsze trzeba być uważnym ,inaczej Rosatti wpisze ci uwagę. 
- Czyli w skrócie, ty nie możesz spać, Sedillo. Masz pecha do takich sytuacji, nieprawdaż?
- Och oczywiście, że tak, Marro. Nie znasz mnie chyba od dziś, by samemu tego nie stwierdzić. 
Uśmiechnął się. Naprawdę pasował mu, stawał się dzięki temu jeszcze przystojniejszy. Nie to, że mi się podobał. Chodziło mi raczej o to, że wszystkie dziewczyny dookoła leciały tylko na niego. Nie tylko dlatego iż był niczym młody bóg, ale także majętny. Wiecie, ponoć dziewczyny i kobiety lecą tylko i wyłącznie na kasę. Na szczęście znajdą się nieliczne wyjątki np. Stephanie lub ja. Tak jestem taka skromna, no ale czemu mam kłamać skoro to prawda?
- Chodź Marro, tym razem ja pobawię się w gentelmana i odprowadzę Cię do klasy, która jest akurat, tak niespodziewanie po drodze do mojej.
Zaczął się śmiać. Było to coś innego niż każdy słyszy u znajomych. Ten był równie szczery co zawsze i równie melodyjny. Po barwie jego śmiechu można był się domyślić, że jest on artystą muzykiem. Ruszyliśmy przed siebie. Nie spotkaliśmy nikogo kto mnie lub Nataniela nie lubi więc, mieliśmy spokój.  Pożegnaliśmy się przy drzwiach do klasy historycznej. Uwielbiam historię, ale na pewno nie sztuki, ta jest prowadzona z nudą za rękę.  Ale historia prowadzona przez panią Holmes jest o wiele ciekawsza. Nie tylko dzięki nazwisku, które jest takie samo jak u Sherlocka, ale i przez styl jej pracy. Życzyłam powodzenia Natanielowi i sama,ruszyłam dalej,do klasy matematyki. Niestety szkoła artystyczna to nie tylko sam taniec, ale i również inne nudne,lub wymagające dużej pracy przedmioty. Na szczęście z matmą nie jest tak źle jest dość prosta, a przynajmniej, była by gdyby nie nauczycielka. Tak zamierzam się skarżyć na nauczycieli pracujących w tej placówce. Niektórzy są mili i prowadzą ciekawą lekcję z humorem lub pokazami by uczeń lepiej zrozumiał dany temat i go zapamiętał, ale taka pani Schott nie jest taka miła i nie wytłumaczy ci zadania, które powinieneś umieć już w gimnazjum i pamiętać do liceum. Nic nie możesz zapomnieć inaczej narażasz się na ocenę niedostateczną i za pracę na lekcji i na koniec roku. Macie takich nauczycieli u siebie? No, ale wracając... Weszłam do klasy dwie minut przed dzwonkiem, a na swoje szczęście nauczycielki nie było. Usiadłam obok Lindsey, tej szarej myszki w klasie. Spojrzałam na nią spodziewając się obojętnej i odosobnionej dziewczyny, jednak zobaczyłam ciekawską naturę tej tajemniczej dziewczyny.
- Coś ty zrobiła Evanie, że taka zła na cały świat?
Zrobiłam zdziwione oczka, ale nawet to nie odwróciło uwagi od wielkiego uśmiechu pojawiającego się na mojej twarzy.
-  Zapraszam panią Sedillo do odpowiedzi, mam nadzieję, że dobrze zrozumiałam przekaz, iż nauczyła się pani i jest z tego powodu taka szczęśliwa.
Odwróciłam głowę w stronę nauczycielki. KIEDY ZADZWONIŁ DZWONEK?! KIEDY ONA WESZŁA DO KLASY?! Wstałam i podeszłam do biurka kobiety. Podała mi kredę, więc zaraz stałam przy tablicy, rozwiązując skomplikowane działania matematyczne. Coś mi tam nawet wyszło. Szkoda ,że było źle. Gdy nauczycielka odprawiła mnie z dwóją w dzienniku, przetrzymałam te kolejne półgodziny lekcji i zaraz po dzwonku wyleciałam jak strzała w stronę szafek. Otworzyłam drzwiczki i wrzuciłam tam torbę. Byłam wściekła, wściekła na tą cholerną, wstrętną i nieludzką kobietę.
- Co ci?
Zamknęłam szafkę z takim rozmachem, że o mało nie strzeliłam ręką mojego rozmówcy.
- Pani Schott?
- TAK!
Śmiechy z mojej drugiej strony. Dwóch chłopaków.
- Z czego tak się śmiejecie głąby? Wy też dostaniecie dzisiaj po dwói.
- My się uczymy siostrzyczko.
- Z matmy?! Po co uczyć się z matmy?
- By obliczyć swoją średnią na koniec? U ciebie wyjdzie na pewno równa dwója.
- Dzięki za wiarę we mnie.


Dzień minął równie szczęśliwie co pierwsza lekcja. Jedyne lekcje, z których nie zgarnęłam dwój to lekcja tańca, historia sztuki, zwykłą historia i śpiew. Liczycie jeszcze lekcje gry na instrumencie?
To z tego też dwói nie zgarnęłam. Wróciłam do domu i od razu rzuciłam się na łóżko. Chciałam tak zostać resztę dnia, ale nawet to nie może trwać dla mnie wiecznie. Brat zaraz po powrocie zaciągnął mnie do Steph. Mieliśmy przećwiczyć nowy układ taneczny przez nią przygotowany. Wypociliśmy się równo, ale z takim choreografem jakim jest Stephanie, warto było się tego podjąć. Niedługo występy karnawałowe, więc trzeba pokazać dyrektorce i ciału pedagogicznemu swoje postępy w rozwijanych zdolnościach. Wybraliśmy najlepszą i najbardziej znaną piosenkę, wykonawcy Michaela Jacksona, którą jest "Thriller". Lubię tą piosenkę więc nie dało się mnie odwieść od jej wyboru. Szkoda, że to nie Halloween. Ale damy sobie radę bez tego. Zaraz za "Thrillerem" jest "Smooth criminal", czyli można powiedzieć, że robimy krótki maraton z Michaelem, królem popu.

https://youtu.be/sOnqjkJTMaA?t=4m43s

https://youtu.be/h_D3VFfhvs4?t=1m6s


Ćwiczyliśmy jakieś trzy tygodnie, bo tyle czasu zostało do występów. Jestem bardzo zdenerwowana. Ale nie tylko mi się to udzieliło. Felipe pocieszał Stephanie na każdym jej postawionym kroku. Nadszedł czas na nas. Wszystko minęło tak szybko, że zastanawiałam się jakim cudem.

https://youtu.be/cfO_aVS1VAQ?t=57s

https://youtu.be/ntAkUJCjYMk?t=34s

https://youtu.be/LaFvRWUnsgQ

Gromkie brawa pożegnały nas gdy schodziliśmy ze sceny. Po jakiś pięciu minutach pozbywania się charakteryzacji, dołączył do nas Nataniel razem z mamą.
- Byliście świetni! Następnym razem powiadomcie mnie, że wybieracie Jacksona.
- Kolejny psycho-fan?
Spojrzałam na Stephanie spod łba.
- Wypraszam sobie. Po prostu fanka. To wystarczy.
Usłyszeliśmy śmiech z miejsca gdzie stała dyrektorka. Spojrzałam zdziwiona na Nataniela.
- Moja matka wie bardzo dużo, nawet za dużo. Tak jestem fanem Michaela, i następnym razem polecam też "Beat it" .
- MÓWIŁAM?! MÓWIŁAM!
- Chodźcie moi artyści. Idziemy coś zjeść. Przyda wam się. Dada energii, a dziewczynom przy okazji kilogramów. Wyglądacie jak zombie.
Ze śmiechem ruszyliśmy w stronę jednej z najlepszych piekarni. Koniec na jeden dzień wrażeń oby kolejne przyniosły coś podobnego.



________________________________________

Tydzień i jeden dzień. Dokładnie tyle się spóźniłam. Bardzo przepraszam. Nadrabiam, a przynajmniej się staram. Do napisania. 

sobota, 7 stycznia 2017

HP4

Przegrana w meczu dała się we znaki. Tak samo jak gniew Snape'a na Harry'ego i późniejsza przegrana Hagrida w sprawie Hardodzioba. Razem z bliźniakami często odwiedzaliśmy go by pocieszać jednak przez większość czasu był nieobecny i nic do niego nie trafiało. Odchodziliśmy więc w gorszych nastrojach niż byliśmy wcześniej. W dzień egzekucji widzieliśmy jak Harry ,Ron i Hermiona idą do chatki gajowego. Mieliśmy taki sam plan jednak zrezygnowaliśmy z tego. Odnalazłam chłopaków na korytarzu podparłam się na ich ramionach i spojrzałam to na jednego to na drugiego.
- Też tam idziemy?
- Tak.
Pokiwałam głową. Ruszyliśmy szybkim krokiem w tym samym kierunku co nasi przyjaciele. Zatrzymaliśmy się w sporej odległości od celu jednak i to nie przeszkodziło nam usłyszeć cięcia kosy i jęku Hagrida.  Wiecie co? Czasami myślę ,że gdyby nie ja wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Wybaczcie chłopaki nie wytrzymam.
Kątem oka zauważyłam ,że i oni nie mają aż tyle do  cierpliwości. Biegiem ruszyłam do szkoły nawet nie wiedząc kiedy znalazłam się przed drzwiami gabinetu Remusa. Zapukałam. Nawet w takich okolicznościach należy zachować jakikolwiek przejaw kultury. Gdy usłyszałam zaproszenie , wyrywałam drzwi z zawiasów ,na drewnie widać było ślady pazurów . Spojrzałam przepraszająco na swojego opiekuna.
- Reparo.
Drzwi od razu wskoczyły na swoje miejsce ,nawet nie draśnięte. Spojrzałam na swoje ręce.
- Już nie tylko oczy się rozszerzają Remusie. Co zrobimy jeśli...
- Nic się nie stanie. Wierzę w ciebie.
Usiadłam na stoliku. Byłam zła i rozczarowana. Rozczarowana tylko czym? Ah no tak już wiem. Nie mogę utrzymać swojego zwierzęcia w ukryciu. Przez cały rok zdarzyła się tylko wpadka z oczami. A teraz jeszcze moje pazurki wydłużyły się. Siedziałam już dobry kawałek czasu podczas, którego Remus co chwila zerkał na mapę.
- Przestań ,tak patrzeć. Nie porwiesz jej przecież. Za bardzo się namęczyliście przy niej.
- Może masz racje ,ale martwię się.
- A masz czym?
- Nie wiem.
Nasza bezsensowna wymiana zdań mogła trwać jeszcze długo ,gdyby nie to ,że na mapie pojawiło się kilka nazwisk. Klepnęłam Remusa w ramię i wskazałam na wydarzenie.
- Idziemy.
Sprawdziłam kieszenie by upewnić się ,że mam różdżkę. Kiwnęłam głową i biegiem ruszyliśmy w kierunku Bijącej Wierzby. Miałam nadzieję ,że zdążymy. Na miejscu spojrzałam na Remusa.
- Masz pomysł jak tam wejść?
- Oczywiście. To było moje miejsce przemian. Poszukaj jakiejś gałęzi.
Ruszyłam w swoją stronę w stosunkowo bezpiecznej odległości od drzewa. W krzakach znalazłam mnóstwo gałązek. Oczywiście większych także nie zabrakło. Chwyciłam dwa najdłuższe jakie znalazłam i ruszyłam z powrotem do Remusa.
- Mam!
Mężczyzna odwrócił się do mnie i pokiwał głową. Chwycił gałąź i dotknął mchu na boku drzewa. Bijąca wierzba momentalnie zamarła w miejscu. Mężczyzna chwycił mnie za ramię i popędził do przodu. Wyciągnęliśmy ponownie różdżki i powoli niczym złodzieje zaczęliśmy się skradać na górę.
- TU JESTEŚMY! - krzyk Hermiony rozniósł się pewnie w całym domu,- NA GÓRZE... SYRIUSZ BLACK... SZYBKO!!!
Zerwaliśmy się momentalnie do biegu. Dudnienie na schodach, które lekko wyginały się od naszych ciężkich kroków, słuchać było z pewnością w pokoju, niedaleko drewnianej barierki przeżartej przez korniki. Że też schody z tej starości się nie załamały. Wpadliśmy do pokoju, szybko się rozejrzeliśmy ilustrując pomieszczenie, wzdłuż i wszerz. Rona z zakrwawioną nogawką, Harry'ego i Hermionę z nadzieją pomocy z Blackiem. Niestety musiałam ich zawieść.
- Expelliarmus!!
Razem z Remusem chwyciliśmy różdżki odebrane od funkcjonujących sprawnie uczniów Gryffindoru. Lupin podszedł do chuderlawego mężczyzny.
- Gdzie on jest, Syriuszu?
Mężczyzna wskazał na Ronalada.
- Ale dlaczego się dotąd nie ujawnił? Chyba że... chyba że to on był tym.. chyba że zmieniliście się.. nic mi nie mówiąc.
- Panie profesorze co tu się...
Remus kiwnął mi głową. Opuściliśmy różdżki. On podszedł do Blacka, a ja stałam tak przypatrując się przyjaciołom.
- TO NIEMOŻLIWE!
Spojrzałam się na Hermionę ze dziwieniem.
- Wy dwoje!
- Hermiono...
- Wy i on...
- Uspokój się Hermiono... błagam nie rób niczego głupiego...
- Nikomu nie powiedziałam ukrywałam to ze względu na wasze bezpieczeństwo...
- Wszystko wyjaśnimy...
Harry zaczął cały dygotać ze złości.
- Zaufałem wam! A wy cały czas się z nim przyjaźniliście!
- To nie tak!
- Nie przyjaźniłem się z Blackiem od dwunastu lat, a teraz... pozwól nam wyjaśnić..
- NIE HARRY!! Nie ufaj im... to oni mu we wszystkim pomagali, chcą twojej śmierci! To.. WILKOŁAKI!
Zapanowała cisza. Przysunęłam się do Remusa, dalej jednak patrząc na dziewczynę. Lekko zbledliśmy. No ale nie zawsze ludzie dowiadują się kim jesteśmy.
- Możesz się wstydzić Hermiono. Na pewno nie są prawdziwe pomoc dla Syriusza i pragnienie śmierci Harry'ego. Nie przeczę, jednak że nie jestem wilkołakiem.
Tyle się stało w tak krótkim czasie. Ron nie chce znać wilkołaków, Hermiona dzięki Snape'owi i jego referatowi, odkryła prawdę i na dodatek według nich Dumbledore oszalał wpuszczając nas na tereny Hogwartu. Kolejne oszczerstwo i naprawdę wściekły Harry. Remus spojrzał na mnie. Odrzuciłam różdżkę Hermionie, a po chwili druga poleciała ku Harry'emu. Sami swoje schowaliśmy.
- Wysłuchacie nas teraz?
- Skoro mu nie pomagałeś to skąd wiedziałeś, że jest tutaj?
- Mapa. Mapa Huncwotów. Przyjrzałem... przyjrzeliśmy jej się w gabinecie i...
- Wiecie jak ona działa?
Ah ta podejrzliwość w jego głosie... zawsze pokaże ci, że  nie ma za grosz zaufania, które miał wcześniej.
- Oczywiście. Pomagał ją rysować.
- To ja jestem Lunatyk. Tak nazywali mnie w szkole moi przyjaciele.



----------------------------------------

https://www.wattpad.com/story/72360583/parts


Reszta na Wattpadzie, na którego zapraszam. Zrobiłam sobie taki jakby mały grafik, co tydzień dodaję opowiadanie na jednego z moich blogów. Jeśli mi się uda w następnym tygodniu pojawi się kolejne na tym. A póki co do zobaczenia :)

sobota, 31 grudnia 2016

Wielka 6

Co by było, gdyby Tadashi Hamada jednak nie zginął w pożarze tego budynku, tylko trafił ranny do szpitala? Postaram się jak mogę by opowiadanie mogło odzwierciedlić to co siedzi w mojej głowie.


Po wielkim BUM byliśmy w drodze do szpitala. Tadashi w ciężkim stanie, walcząc o życie leżał przed moimi oczami z oparzeniami, nawet nie wiem którego stopnia. Chciałem chwycić go za rękę ale wiedziałem, że tylko pogorszyłbym jego ogromny ból. - Trzymaj się bracie, dasz radę. Wierzę w ciebie.
Gdy po moim policzku spłynęła jedna jedyna łza, musiałem coś jeszcze dodać.
- Nie zostawiaj nas samych.
Dotarliśmy. Zabrali go w ekspresowym tempie, na operację. Zostając sam i czekając na ciotkę miałem najczarniejsze scenariusze przed oczami. Ciocia Cass wbiega do holu szpitalnego z takim rozpędem, że drzwi rozsuwane ledwo co zdążyły z się otworzyć. Kobieta zatrzymała się dopiero przy mnie, patrząc z troską.
- Ile już tam jest?
Spojrzałem na zegarek. Dość długo siedziałem na krześle.
- Około godziny, dwóch.
Ciotka ciężko usiadła na krześle obok. Schowała twarz w dłoniach, które oparła na kolanach. Od czasu do czasu jej ciałem wstrząsał szloch. Poklepałem ją lekko po plecach.
- Wyjdzie z tego, nie martw się.
- Nie mogę stracić kolejnego członka rodziny, Hiro. Mam cholernego pecha jeśli chodzi o szczęśliwe życie w gronie rodziny. Jeśli...
- Żadnego "jeśli..", on z tego wyjdzie. Zobaczysz.
Powiedziałem to z taką pewnością, że chyba mi uwierzyła. Przestała płakać, otarła łzy i zaczęła skubać skórki przy paznokciach. Z deszczu pod rynnę.

Czekaliśmy tam jeszcze pięć godzin. Czy operacja może tyle trwać? Jak widać może. Nie spędzam chyba tyle czasu w szpitalu, by dowiedzieć się jak długo jednak może trwać najdłuższa operacja. I powiem wam, że nie zamierzam. Gdy tylko lekarz pojawił się zdejmując rękawiczki, oboje zerwaliśmy się z miejsc jak oparzeni. Zagrodziliśmy mu drogę, więc nie miał wyboru i od razu musiał przekazać wieści, i te dobre i te złe.
- Nic mu nie będzie. Większość obrażeń udało się cofnąć, ale kilka zostanie z nim aż do późnej starości. Dzięki niech będą świetnie rozwiniętą medycynę. Za kilka minut będziecie mogli wejść, ale póki co chłopak śpi. Czy ktoś jeszcze ma zamiar odwiedzić Tadashiego?
- Przyjdą przyjaciele. Mogą prawda?
- Oczywiście, ale proszę nie męczyć pacjenta za długo.
- Niech będzie, dziękujemy, doktorze...
- Lance.
- Doktorze Lance, jeszcze raz dziękujemy.
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł. My także. Weszliśmy do pokoju tak blisko sali operacyjnej, że poczuliśmy jeszcze zapach krwi, metaliczny i słodkawy zarazem. Otwieramy drzwi i patrzymy na śpiącego spokojnie Tadashiego, wyglądał prawie tak jak z przed wypadku. No jak powiedziałem prawie. Na prawej ręce miał bliznę po oparzeniu, a na policzku krótką ranę od ucha do końca żuchwy. Że też taki los musiał spotkać akurat jego, czemu nie mnie?! Usiedliśmy po jego obu stronach i wsłuchując się w jego rytmiczny oddech, uspokajając się.  Do pokoju wpadli nasi przyjaciele, o mały włos nie kończąc swojego biegu na łóżku starszego Hamady.
- Stójcie!
Nie powinienem się wydzierać, ale sytuacja wymagała podniesienia głosu.
- Wybacz Hiro, tak długo was szukaliśmy. Przez przypadek wpadliśmy do co najmniej dwudziestu innych sali z czego jedna to była sala operacyjna. Operowali jakiegoś starszego Pana. To było obrzydliwe.
Spojrzałem na Honey, po czym się uśmiechnąłem się. Zgaduje, że to ona pierwsza znalazła się w tym szpitalu. CZego ona nie zrobi dla Tadashiego. Niby nie widać tego ich uczucia, a jednak ja widzę. Chyba za dużo spędzam czasu z bratem. Spojrzałem na ich mały tłumek. Brakowało mi kogoś.
- A gdzie Fred?
- Przekonuje kogoś by wszedł do środka.
- Kogo?
- Jeszcze jedną przyjaciółkę. Zaraz  ją poznasz.
Drzwi ponownie się otworzyły. Wszedł przez nie Fred i średniego wzrostu dziewczyna z krótkimi karmelowymi włosami i jasnymi jak niebo niebieskimi oczami.
- Hiro... poznaj proszę...
Odwróciłem się do tyłu i spojrzałem na równie przytomnego Tadashiego, jak ja, byłem w tamtej chwili.
- ... Harley. Siostrę Freda. I największą artystkę jaką zna ten świat.
Dziewczyna patrzyła na Tadashiego jakby był jakimś nienormalnym i naprawdę głupim człowiekiem na Ziemi.
- Ty mnie tak nie wychwalaj. Teraz wszyscy jesteśmy tu dla ciebie. Co ty tam robiłeś?!
- Ratowałem profesora.
- Tadashi... po co? O mały włos sam mogłeś zginąć.
- Chciałem spróbować. Nie bądźcie tacy i zrozumcie. Gdyby nie on nie znaleźlibyśmy swojego miejsca, powołania...
- Równie dobrze sam mogłeś go zastąpić.
- Ha ha. Niestety nie Harley, nie jestem tak dobry jak on.
Dziewczyna ostatkiem sił powstrzymywała końcówki swojej cierpliwości. Widać, że nie chciała się kłócić by nie pogorszyć stanu chłopaka. Mimo, że młodsza od niego, była mądrzejsza. Do sali zajrzał lekarz.
- Wizyta może potrwać jeszcze pięć minut. Proszę się śpieszyć.
Pokiwaliśmy głową. Ci, którzy nie mieli jeszcze okazji przywitać się z Tadashim okrążyli go i obejmowali na tyle delikatnie by nie "uszkodzić" bardziej niż już był. Pięć minut minęło. Pożegnaliśmy się, zapowiedzieliśmy na jutro i wyszliśmy nim lekarz ponownie zdążyłby zajrzeć do sali. Udaliśmy się każdy w swoje strony. Ja z ciotką Cass do domu, Fred z Harley także do siebie, a Wasabi, Honey i Go Go do pobliskiej kawiarni, która była obsługiwana przez całą dobę. Najlepsza w okolicy. I jedyna czynna do te godziny. Im bliżej byłem domu tym bardziej czułem się padnięty. Niby nic wielkiego, ale adrenalina która wyparowała ze mnie około godziny temu dawała upust zmęczeniu. Tak bardzo bałem się o brata. Niedługo będzie siedział już z nami w domu. Niech ten czas naszej rozłąki mija jak najszybciej. Gdy dotarliśmy do domu rzucam się na swoje łóżko, a po kilku minutach wpatrywania się w łóżko brata odpływam w objęcia Morfeusza.


---------------------------------------------------------

Wyrobiłam się jeszcze w Starym Roku. Więc na Nowy Rok życzę wam na pewno lepszego roku z rodziną czy przyjaciółmi, by jak najwięcej marzeń spełniło się już na jego początku (tak wiem, że to niemożliwe, ale zawsze można... no właśnie pomarzyć), i co tam sobie jeszcze zachcecie.


Ja mam nadzieję, że ja w tym roku poprawie swoją aktywność na blogach i w innych miejscach gdzie pisałam a nie piszę. Trzymajcie za mnie kciuki. :) Widzimy się zapewne za tydzień.